niedziela, 30 października 2016

Świat alchemii 1 rozdział

1 rozdział

-Mamoooo!-zawołałam ze swojego pokoju.Od razu przybiegła,myśląc pewnie,że coś zniszczyłam.No cóż...miała rację.
-Co się stało?!-po jej pytaniu nastała pełna wyczekiwania cisza.Szybko ją przerwałam.
-Pożycz cyfrówkę!!!!-ryknęłam na cały głos.Mama złapała się za głowę,ja na to się uśmiechnęłam.
-Co tym razem?!-spytała siadając na moim łóżku.
-Eee no bo..ekranik się troche potłukł i wogule-zaczełam.-Raczej nie da się tego naprawić...
-A może jednak się da.Daj pokażę go tacie jak wróci.Może on będzie umiał naprawić.-szybko zasunęłam w panice szuflade biórka żeby mama nie zobaczyła mojej cyfrówki kupionej niecały tydzień temu.Była w dwóch kawałkach,a tego na pewno nie da sie naprawić.Gdyby to zobaczyła dostałaby zawału.Wetchnęła ciężko widząc,że coś przed nią ukrywam.
-Dziecko drogie co ja mam z tobą zrobić?!-uśmiechnęłam się jak grzeczna potulna dziewczynka.
-Poprostu mi porzycz,prooooszę!-niestety na mamę to nie działało.Na tate tak bo on jest facetem,i nie może sie oprzeć tak pięknemu uśmiechowi i prośbom ukochanej córeczki.Niestety jego w tej chwili  tu nie było,a szkoda.
-Zastanowię sie.-odparła wychodząc z pokoju.-Kolacja będzie za pół godziny.
-Ale kiedy mi go dasz?!-wybiegłam za nią.
-Jutro dam ci odpowiedź!-zdębiałam.
-Dopiero jutro?!-zawyłam-Przecież jutro wyjeżdżam na najwazniwejszą w moim życiu wycieczkę!
-Troche cierpliwości!-odpowiedziała ze spokojem obierając ziemniaki.-Zacznij się lepiej pakować już dziś bo znając ciebie ockniesz się z tym rano i cały blok będzie wiedział,że Siska Creed nie może znajeźć szczotki albo czegoś innego.
-Bardzo śmieszne-mruknęłam.Nigdy w życiu nie przyznam racji mamie,jeżeli chodzi o moje gafy.Prędzej umrę!
-Mówiłaś coś?!
-Nie skąd.-zatrzasnęłam za sobą drzwi do pokoju.Nie no miała rację,że zawsze wszystko zostawiam na ostatnią chwile.Popełniam różne błędy,ale czy ona już zapomniała,jak była nastolatką.Też napewno była nie do zniesienia dla swoich rodziców.Powoli bez pośpiechu wybierałam ciuchy jakie zabiore ze sobą.
-Napewno kilka tych sexownych obsisłych topów,trzeba sie jakoś włoskim facetom pokazać!-kiedy tak wyliczałam co zabiore odezwał się do mnie na gg Trey jeden z kumpli z klasy.Zgadaliśmy się co do strojów jakie weźmieny.Ja oczywiście strój Edzia i Pułkownika z Alchemika.On miał wziąć kostium Greeda własnoręcznie zrobiony.Pod koniec wycieczki każda klasa miała zrobić małe przedstawienie dla reszty.My wybraliśmy,że będą to krótkie scenki z Fullmetala.Co jak co ale nasza klasa wręcz ubóstwia to Anime.Pogadałam jeszcze chwile i dokończyłam sie pakować.Kolację zjadłam w ekspresowym tempie po czym poszłam spać.Tak chciałam,żeby już było jutro.Na wycieczkę czekałam praktycznie od początku ogólniaka a teraz jestem w drugiej klasie,właściwie to ją kończe,i w nagrodę za dobre sprawowanie przez cały rok mamy ten wyjad za granicę.Zasnęłam dopiero po północy tak byłam podekscytowana jutrzejszym dniem.
*******************************
Dostałam cyfrówkę ale dopiero jak przyjechaliśmy na lotnisko z którego był wylot do Włoch.Dobrze,że ją dostałam.Nie wybaczyłabym staruszkom gdyby mi jej nie dali.Jest tyle wspaniałych widoków do sfotografowania!Wypatrzyłam kilku kumpli stojącyh w małej grupce.
-Hej!-zawołałam z zamiarem dołączenia do nich.Mama mnie powstrzymała mocno do siebie tuląc.
-Mamo!Nie rób mi obciachu przy znajomych-wypaliłam.
-Matrwię sie!-powiedziała odsuwając mnie od siebie.
-Dlaczego?!-Nie otrzymałam odpowiedzi.Westchnęłam ciężko,znów będzie kazanie na temat samodzielności i pilnowania się nauczyciela.
-Nie martw się!Saddam Husajn nie porwie samolotu.-próbowałam,żartować by zapomniała o tym co ma mi do powiedzenia.Jakby się rozgadała to nie skończyłaby do następnego dnia.-A jak porwie to ja go na zbity pysk wywale z tego samolotu.Odechce mu się terroryzować ludzi!!!
-Uważaj na język młoda damo!-tatuś odezwał się z ojcowskim palcem wyciągniętym w moją stronę.Oczywiście zrobił groźną minę,żeby pokazać kto tu rządzi.
-Przepraszam,chciałam tylko trochę rozładować sytuacje-powiedziałam potulnie patrząc na tatusia słodkimi niewinnymi oczkami.Odrazu zmiękł.Tacy są faceci i tzreba się z tego cieszyć!Wreszcie mnie zostawili i mogłam pogadać ze znajomymi.Nie wiem czemu się tak martwią.Jedyna zła rzecz która może mnie spotkać to nudności.Mam to nieszczęście mieć chorobę lokomocyjną,która da o sobie znać w samolotcie.Nie mam wyjścia ,muszę nałykać sie aviomarinu i spać!
*********************************
Całą drogę samolotem i większą część autokarem przespałam.I spałabym dalej gdyby ktoś  mnie nieustannie nie budził.Popatrzyłam zaspanym wzrokiem na osobnika który mnie obudził.
-Dean prosiłam żeby mnie nie budzić dopuki nie dojedziemy!-warknęłam przykładając głowę do jaśka.
-Chodzi o to,że nie jedziemy-Obudziłam sie na dobre.
-Że co?!-rozejrzałam się po autokarze.Większość uczniów stała na zewnątrz w mniejszych lub większych grupkach.
-Silnik nawalił-wyjaśnił Dean.-Do tego jeszcze ta mgła i nie mamy łączności ani radiowej ani telefonicznej.Nie ma zasięgu.Wysiadłam,żeby sprawdzić czy aby naprwno nie da się zadzwonić.Niestety nigdzie zasięgu,gdzie nie patrzeć mgła przez którą trudno było cokolwiek dostrzec.Ktoś podkradał się chciaczem od tyłu.
-Silent hill...Silent hill...SILENT HILL!!-szeptał męski głos.-Klątwa...Klątwa...KLĄTWA!!!
-Mnie nie wystraszysz Trey.-dźgnęłam chłopaka łokciem w brzuch aż zawył z bólu.
-Ała nie musiałaś tak mocno.-skarżył się.
-Dobra to ja idę sie rozejrzeć!!-oznajmiłam wszystkim.Większość popatrzyła na mnie jak na wariatkę.
-Zwariowałaś!?-Dean był juz przy mnie z wystraszonym wyrazem twarzy.-To niebezpieczne!
-Daj spokój!Tutaj i tak nic niebezpiecznieszego odemnie nie spotkasz.-kilka osób zaśmiało się ale nie był to wesoły śmiech,raczej nerwowy.Większości juz nerwy zaczynały puszczać.Autokar zepsuty nie można się z nikim skontaktować,mgła tak gęsta,że widać tylko to co ma się trzy metry przed sobą!Przeszłam wolnym krokiem ze dwadzieścia metrów.Nagle z mgły zaczynały się wyłaniać kontury jakiejś budowli.
-HEJ LUDZIE!!!-krzyknęłam najgłośniej jak mogłam-TU JEST JAKIŚ ZAMEK!!!
***************************************
Wszyscy poszli do Zamku,nikomu nie uśmiechało się zostać na środku drogi we mgle w zepsutym autokarze.Było dość chłodno jak na czerwiec.Zarzuciłan na siebie czerwony płaszcz Alchemika.Siedząc tak w zrujnowanym budynku który kiedyś musiałbyć pięknym zamkiem zastanawiałam się kiedy ktoś się zorientuje,że nas nie ma?!O zgrozo i mi zaczynały nerwy puszczać.Włączyłam empetrójkę żeby uspokoić skołatane nerwy.
-Hej Siska!Chodź tu musisz coś zobaczyć.-wołał Trey stojąc na schodach dość wątpliwej jakości prowadzących na piętro-Tylko weź aparat fotograficzny,normalnie padniesz!
-Idziesz Dean?-chłopak się wachał.-Baba jesteś czy facet?!Wreszcie się ruszył.Poszliśmy za Treyem który zaprowadził nas na górne piętro budynku.
-No i co takiego ciekawego tu jest!?-spytałam rozglądając się po pustym ciemnym korytarzu.
-Spójrz pod nogi-powiedział chłopak.-I co widzisz?!
-No malunki jakieś a co?!
-Ale to nie są zwykłe malunki-uśmiechnął się od ucha do ucha.-Przyjrzyj się uważnie...To kręgi Transmutacyjne!!!
-NA MÓZG CI PADŁO!!!-wrzasnęłam na niego.-A może coś piłeś,przyznaj się!!!
-Patrz na ścianach i suficie też są!-mówił dajej niewzruszony.No rzeczywiście to przyponima kręgi transmutacjyne,ale co one robią w takim miejscu?!Nie to jakieś oszustwo,ktoś sobie jaja robi i tyle!Zrobiłam kilka zdjęć cyfrówką mamy.Trey był dumny ze swojego znaleziska.Przejechałam dłonią po malunku na ścianie.Ręka mi się obsunęła i skaleczyłam palec o ostry kawałek muru.Chłopak odkaszlnął.
-Panie Edwardzie Elric,Stalowy Alchemiku pokaż nam potęgę swojej Alchemii!-zaśmiałam się  pod nosem i klasnęłam demonstracyjnie.
-Nie rób tego!-usłyszałam cichy szept Deana.Gdyby mógł już by stąd uciekł.
-A co może się stać!?Nic!-uspokajał go Trey.Przyłożyłam obie dłonie do kręgu na podłodze.
-Widzisz,nic się  nie dzieje!Zobacz!!!-Dean otworzył oczy i wrzasnął.Krąg który przed chwilą dotknęłam zaczął świecić jasnoniebieskim światłem.Szybko dosunęłam się od niego.Cała nasza trójka gapiła się w osłupieniu na to co się dzieje.Pokolei rozbłyskały jasnym światłem kręgi na ścianach i suficie.Żadne z nas nie mogło się ruszyć ani odezwać.Poczułam lekki powiew chłodnego powietrza.
-Wynosimy się stąd,już!-krzyknęłam-TO nas wciągnie!!!Ledwie skończyłam mówić Dean( jak zwylke niezdarny)upadł na podłogę,rzuciłam się by mu pomóc Trey już ciągnął go za rękę.Nie uszlismy daleko,zassało nas do środka.Rozdzieliliśmy się.Próbowałam nawoływac chłopaków ale piekielny szum uniemożliwiał jakąkolwiek komunikację.Huk nie do zniesienia,aż bębenki w uszach pękały!!!Wreszcie po dłuższym czasie nastała błoga,cicha ciemność...

środa, 26 października 2016

Rozdział 1 "Przykre początki"

Rozdział 1

Przybyła  z  małego miasteczka  o nudnej nazwie do jeszcze mniejszego w poszukiwaniu  stabilizacji materialnej.  Skończyła własnie osiemnaście lat i w sierocińcu nie było już dla niej miejsca. Nie,żeby chciała tam mieszkać przez całe życie,ale tam nie musiała się martwić ani o wyżywienie ani o dach nad głową.   Była już w okolicznych miasteczkach ale nic się nie znajdowało. Była obcą więc tym trudniej jej było. Wyjechała nawet raz do Nowego Yorku ale i tam było ciężko. Dostała co prawda trochę kasy na drogę ale te pieniądze już się dawno skończyły. Zalegała z czynszem za motel już od tygodnia i właściciel zaczął się stawać niemiły.  Tego ranka znów udawała się na rozmowę kwalifikacyjną do jednej restauracji. Była już w recepcji gdy zaskoczył ją niemiły właściciel.
-Witam panienko Alice!
Zlustrował ją od stóp do głowy oblizując się przy tym.
-Jak dzisiaj panienka ładnie wygląda!
Zmieszana rozejrzała się dookoła czy aby nie było nikogo wpobliżu kto by ją uratował,jednak o tej godzinie wszyscy jeszcze smacznie spali.
-Dzieńdobry panie Wallace. Już dziś powinnam mieć ta pracę także niedługo zapłacę zaległy nocleg.
-Mam nadzieje.-warknął ostrzegawczo.-No ale jesli tak by się nie stało to jest inna możliwość!
Podszedł bliżej
-Jjaka możliwość?-zająkała się
Przysunął sie jeszcze bliżej aż ich stopy dotykały się i oparł jedną rękę o ścianę.
-Mogłabyś na przykład dotrzymać mi czasem towarzystwa wieczorem w moim pokoju. Jestem taki samotny odkąd moja,świętej pamięci,żona Deborah odeszła z tego świata.
To mówiąc pogładził sięponiżej pasa. Dziewczynę zemdliło ale starała się nie dać tego po sobie poznać odsunęła się od Wallace’a
-Jestem pewna,że dam radę zapłacić zaległości.-to mówiąc zaczęła iść  w stronę wyjścia, Obejrzała się jeszcze czy właściciel za nią nie idzie. Stał w miejscu ale przybrał groźną minę.
-Mam taką nadzieję! –pogroził jej palcem-Jeśli nie to skończy się to bardzo źle dla ciebie kochana! Zresztą zobaczymy się później,masz mi te pieniądze przynieść!
Już biegła a nie szła. Ten typ był naprawdę obleśny! W dodatku dostawiał się do niej. Ile on mógł mieć lat? Z 50? Z wyglądu nijaki,grubszawy z wąsami  i kilkudniowym zarostem. Widać było,że był piwoszem i nie dbał o higienę. Do przytanku autobusowego szło się pięć minut ale Alice przybyła tam z dwoma minutami w zapasie. W czarnej torbie eastpack trzymała swoje dokumenty i Cv. Miała nadzieję,że tym razem przyjmą ją do pracy.  Tylko co zrobić z tym długiem? Wallaceowi miała zapłacić przeszło 150 dolarów ale skąd je miała wytrzasnąć?!
Autobus podjechał punktualnie. Usiadła w tyle tuż przy oknie. Miała wiele rzeczy do przemyślenia. Jej ręka mimowolnie powędrowała do szyi na której miała zawieszony 18-karatowy wisiorek z motylkiem. Należał do niej odkąd pamiętała. Miała go ze sobą kiedy trafiła do sierocińca w wieku pięciu lat ale niewiele pamiętała z tego okresu. Chyba nie ma innej możliwości,musi sprzedać wisiorek dla swojego dobra. Nie była jednak pewna czy dadzą jej 150 dolarów za niego. W lombardzie mogła liczyć na nie więcej niż 100 dolarów ale może uda się zamknąć gębę właściciela motelu choć na jakiś czas...
Z zamyślenia wyrwał ją głoś z głośnika obwieszczający koniec trasy. Wysiadła na dworcu centralnym i poszła w stronę rotundy. Stamtąd już było blisko do restauracji w której wczesniej była się pytać o zatrudnienie. Powiedzieli jej żeby przyszła za tydzień.   Przekroczyła próg  restauracji „ Bella Napoli”.
-Dzieńdobry –odezwała się do kelnerki która właśnie przechodziła obok-Szukam właściciela.
Dziewczyna się zatrzymała
-A o co chodzi?
-Miałam dziś przyjść na rozmowę w sprawie pracy.-wyjaśniła
-Niestety szefa dziś nie ma alemoże pani porozmawiać z przełożonym.
-Gdzie go mogę znaleźć.
-Proszę za mną.
Kelnerka posadziła Alice przy jednym stoliku dla dwoja w rogu restauracji tużprzy oknie.
-Prozę tu poczekać panno?
-Alice Thorn
-Panno Thorn,zaraz przyprowadzę przełożonego.
W tle było słychać piosenki włośkich piosenkarzy. Teraz leciał właśnieEros Ramazzotti „Under the moonlight” 
Nie było zbyt dużo klientów raptem przy trzech stolikach na środku sali ktoś siedział. Jedna z kelnerek właśnie się kółciła z barmanem.
-Ma che cosa vuoi da me Piero?!- krzyczała
-Lo sai benissimo che voglio te dolcezza! Tu sei la mia vita!
-Con noi è finita e lo sai benissimo che sto frequentando un ragazzo americano!
-Io senza di te non posso vivere!
Odybwoje,kelnerka i barman gestykulowali. Alice nic z tego nie rozumiała ale podobał się jej włoski akcent bo to pewnie w tym języku rozmawiali. Przyszedł kierownik.
-Dzieńdobry panno Strom.
-Dzieńdobry-Alice uścisnęła jego rękę.
Mężczyzna złożył ręce jak do modlitwy
-Powiedziano mi w jakiej sprawie pani przychodzi ale niestety już zatrudniliśmy kelnerkę. Tak mi przykro. 
-Ale ja myślałam...powiedziano mi,że bym przyszła jeszcze raz za tydzień bo prawdopodobnie będę przyjęta.
Mężczyzna zrobił zdziwioną minę
-Chwileczkę,ze mną pani rozmawiała tydzień temu?
-Nie
-To z kim w takim razie?
Alice wskazała na barmana.
-Acha,Piero! 
Odwrócił się w stronę barmana.
-Ou! Che cazzo fai Piero!? Sai che non si fa cosi! 
-Ma che cosa?!-odpowiedział mu Piero
-Non puoi assumere le ragazze  e,se vuoi scoppare devi chiamare una puttana!
Barman podszedł do nasz szybkim krokiem
-A me piace la ragazza
Kierownik wstał z krzesła .
-Ma la Maria? Non stai più con lei?
-Ma va! Lei mi ha lasciato per un americano-barman podnosił  głos coraz bardziej gestykulując przy tym.
-Lascia stare!
-Lei e una bella ragazza.
Piero podszedł do dziewczyny i wziął ją za rękę.
-Tu sei bella ragazza!
-Tak,tak-potakiwała  nie rozumiejąc o co chodzi.
-Uf daj spokój już wracaj do roboty jeśli nie chcesz jej stracić.
-Va bene!
Barman puścił rękę zdumionej alice i odszedł.
-Wracając doprzerwanej rozmowy,niestety nie mamy już wolnych miejsc pracy ale możepani zostawić u nas swoje C.V i jak coś wyjdzie to się z panią skontaktujemy.
Alice nie wierzyła własnym uszom. Teraz to miarka się przebrała. Dziewczyna wstała i,nawet się nie odzywając opuściłą restaurację. Kierownik jeszcze za nią coś wołał ale ona chciała odejść stamtąd jak najszybciej.
-No to mam przechlapane-mówiła sama do siebie. Potrąciła po drodze kilku przechodniów którzy mruczęli coś niezadowoleni. W pewnym momencie zatrzymała się  by z przerażeniem stwierdzić,że zabłądziła. Szłanie patrząc się gdzie idzie i weszła w,nieznaną jej uliczkę. Długo chodziła rozglądając się i szukając centrum,wkońcu trafiła w jakąs bardzo wąską uliczkę na której było kilka sklepików: warzywniak,kawiarenka,mięsny,lodziarnia,chiński market i obskórny bar.  Weszła dowarzywniaka zapytać o drogę. Jednak nikt jej nie potrafił odpowiedzieć,wszyscy,pracownicy i klienci mówili w obcym  dla niej języku. Tak samo było w lodziarni i mięsnym. Wkońcu  zajrzała do chińskiego sklepu.
-Iść  bar,tam pomóc!-powtarzał raz po raz kasjer wskazując na bar.-Je nie mówić angielski,iść bar!
-Okay,okay zrozumiałam idę do baru.
Niechętnie przekroczyła próg baru. Miejsce niezbyt ciekawe,kilka stolików i kanap oraz jukebox i barek.  
-Przepraszam-odezwała się do barmana-wie pan jak się dojść na centralny?
-Mi scusi?-odezwał się w obcym języku-Non parlo inglese.
Tego Było już alice za wiele,ci obcokrajowcy którzy nie umieli mówić po angielsku! W dodatku nic dziś jeszcze nie jadła i głód dawał o sobie znać. Zakręciło się jej w głowie
-Przepraszam panienko wszystko wporządku?-kto się wreszczie odezwał po angielsku.
-Ja się zgubiłam ale nikt nie może mi wytłumaczyć gdzie jest dworzec centralny bo nikt nie mówi po angielsku!-ramiona zaczęły jej drzeć i się rozpłakała. Prawie by upadła gdyby ktoś jej nie podtrzymał.
-Spokojnie proszę usiąść i mi dokładnie  opowiedzieć co się stało.-czyjeś silne ręre podprowadziły ją do jednej z wygodnych kanap przy których stały okrągł stoliki.  
-Czy moge dostać szklankę wody?-spytała drżącym głosem
Spojrzała na osobę która jej pomogła. Był to mężczyzna dość młody,wysoki,dobrze zbudowany brunet.
-Oczywiście! 
Kiedy od niej odszedł,Alice zaczęła się rozglądać po barze. W tej części była również mała scena na której można było tańczyć albo opowiadać dowcipy. 
-Oto i woda.
Nieznajomy mężczyzna przyglądał się jej zaciekawiony. Odezwał się kiedy skończyła pić.
- Czy mogę spytać co się stało.
Przęłknęła głośno ślinę.
-Przyjechałam do Nowego Yorku w poszukiwaniu pracy ale..-głos się jej załamał.-...ale nic z tego narazie nie wychodzi...
-Rozumiem,jak to się stało,że trafiła panienka tutaj,była wczesniej mowa o zagubieniu się.
-No tak proszę pana.
Przerwał jej.
-Może zaczniemy sobie mówić na ty? Ja mam na imię Aldo a ty?
-Alice.
-Dobrze,Alice, jak to się stało,że się zgubiłaś?
-No więc,byłam na centralnym,niedaleko jest restauracja która miała mnie zatrudnić ale w ostatniej chwili ,na miejscu,dowiedziałam się,że już kogoś znaleźli. Byłam trochę zła i nie patrzyłam dokąd idę no i trafiłam tu...
-Acha.
Alice wstała chciała już iść.
-Jest coś jeszcze!-i on również wstał.-Nie wyglądasz najlepiej źle się czujesz? Czy mam wezwać karetkę?
Zaczęła machać nerwowo rękami
-O nie,nie! To nie jest żadem problem ze zdrowiem,zapewniam.
Westchnęła.
-Tylko,że nic jeszcze dziś nie jadłam więc zrobiło mi się trochę słabo to wszystko.
-Rozumiem,no to może usiądziesz i coś zjesz zaraz przynikosę ci menu.
-Nie,nie trzeba ja, to znaczy... u mnie krucho z kasą...
-Okay...
Aldo zagwizdał
-Henry, porta un bel piatto di carbonara e la coca per la ragazza. E quando avrà finito portale una panna cotta ai lamponi e cappuccino.
-D’accordo capo
-Przepraszam,jest pan  to znaczy jesteś przez przypadek włochem?
-Skąd wiedziałaś?
-Już wcześniej słyszałam trochę włoskiego więc  ten język wydawał mi się znajomy.
-Rozumiesz włoski?-zdumiał się
-To nie tak,ja tylko słyszałam już w innym lokalu ten język ale tylko dwa razy.
-Acha
Do kanapy na której siedziała podszedł barman którego wcześniej prosiła o informacje. Przyniósł jej jedzenie.
-Ja nie mogę tego przyjąc,przecież nie mam jak zapłacić.
-Nie przejmuj się-Aldo położył jej rękę na ramieniu.-Ledwie się trzymasz na nogach nie czułbym się dobrze wiedząc,że,gdzieś po drodze,mogłabyś zemdleć.
Dziewczyna zaczerwieniła się.
-To nie żaden problem?
-Nie martw sięi jedz. Buon Apetito!
-Jak się mówi dziękuję po włosku?
-Grazie
-W takim razie Grazie!
-Ja będę niedaleko,mam trochę papierkowej roboty ale przyjdę później sprawdzić czy ci smakowało.
To mówiąc oddalił się. Alice nie mogła się nadziwić pełnemu talerzowi makaronu z kawałkami smażonego boczku pokrojonego na małe kwadraciki i żółtego sosu.  Nabrała trochę makaronu z sosem na widelec i spróbowała. Było pyszne! Zjadła wszystko w rekordowym tempie. Nasycona usadowiła się wygodniej na kanapie i popijała colę ze szklanki.  Była zaskoczona jeszcze bardziej kiedy kelner który przyniósł jej ciepłą strawę przyszedł z następnym jedzeniem. Tym razem dostała deser i kawę. Wszystko było przepyszne,jednak zastanawiała się dlaczego ktoś miałby  dać jej za darmo jedzenie. Była nauczona,że nie ma nic za darmo więc oczekiwała,że jak nieznajomy przyjdzie,to będzie chciał coś w zamian. Tak się jednak nie stało.
-No i jak smakowało?
-Ttak,dziękuję znaczy Grazie.
-Cała przyjemność po mojej stronie.
Spojrzała na zerar na ścianie tuż przy tablicy korkowej z ogłoszeniami i  wydała z siebie  zdziwiony okrzyk.
-O boże to już szósta!? Jak późno muszę wracać na centralny bo  ostatni autobus odjeżdża za pół godziny.
To powiedziawszy wstała i złapała swoją torbę i gotowa była wybiec z baru nie oglądając się na nikogo.
-No tak  przecież mówiłaś,że musisz wrócić na centralny a ja miałem ci wskazać drogę poczekaj!-zawołał za nią-Odwiozę cię tam! Poczekaj na mnie na zewnątrz.
Posłuchała niechętnie Aldo. Po dwóch minutach podjechał do niej na swoim Harley’u Davidsonie.
-Wrzuć torbę do bagażnika i wkładaj kask,jeszcze możemy zdążyć.
Założyła kask i wsiadła na motor.
-Musisz  mnie objąć w pasie bo będziemy jechać szybko.
Usłuchała a on chwilę potem ruszył całą parą. Lawirowali chwilę pośród wąskich uliczek po czym wyjechali na węższą drogę.  Alice miała przez większość czasu zamknięte oczy.  Na chwilę je otworzyła,ludzie ulica i jezdnia szybko przemijały przed jej oczami,była zarazem przerażona i zafascynowana. Dotarli na stacje na pięc minut przed odjazdem autobusu. Alice miała  kupiony bilet   w tę i spowrotem więc nie musiała się niczym martwić. Aldo odprowadził ją pod sam autokar.
-Dzięki tysięczne za podwózkę.
-Nie ma sprawy,słuchaj...-zaczął grzebać sobie po kieszeniach,z prawej,tylnej kieszeni  wyjął portfel   z którego wyciągnął wizytówkę.-Jakbyś kiedykolwiek czegoś potrzebowała to śmiało dzwoń.
Wręczył jej wizytówkę.
-Ten pierwszy numer jest do baru a ten drugi to mój numer prywatny. Nie bój się dzwonić i w nocy.
-Okay.
Już chciała wejść do autokaru ale ją powstrzymał.
-Mam jeszcze coś dla ciebie.-wyciągnął z portfela banknot dwudziestodolarowy i jej go dał.
-Mogą ci się przydać
-Ja ich nie mogę przyjąć.
-Możesz,potrzebne ci są a ja się będę lepiej czuł wiedząc,że masz parę dolarów przy sobie na najpotrzebniejsze rzeczy.
Przyjęła banknot.
-Rety,dziękuję
-Hmm,liczyłem na coś więcej niż dziękuję.
Zobaczywszy trwogę w jej oczach szybko sprostował:
-Chodziło mi o buziak w policzek.
Nastawił prawy policzek i się lekko przychylił.  Po chwili usta Alice szybko musnęły jego policzek.
-Jeszcze raz dzięki.
Poczochrał jej włosy.
-Nie ma sprawy dzieciaku.
Stali chwilę  w milczeniu. Kierowca autobusu zaczynał się niecierpliwić,zatrąbił.
-Zamierza pani wsiadać bo jak nie to odjeżdżam!
-Muszę iść!  Naprawdę nie musiałeś!
-Wiem,że okazana dobroć kiedyś do mnie wróci,kiedy będę jej potrzebował. Trzymaj się Alice.
Dziewczyna wzięła od niego swoją torbę i wsiadła do autobusu. Pokazała kierowcy bilet powrotny i usiadła po środku autobusu przy oknie. Aldo stał jeszcze i ,zobaczywszy ją,pomachał jej,ona odmachała i pojazd ruszył w drogę powrotną do motelu w małej mieścinie w której się zatrzymała. Długo się zastanawiała nad okazaną jej dobrocią. Nie mogła pojąć jak ten nieznajomy  facet mógł jej postawić jedzenie i,mało tego,podrzucił ją pod centralny i dał jej 20 dolarów! Niewiarygodnie! Jej ręka powędrowała do szyi i natrafiła na wisiorek z motylkiem.  Jęknęła ze zgrozą. Przecież miała sprzedać naszyjnik w lombardzie żeby oplacić zaległy nocleg. Winiła siebie za to co się stało. Zabłądziła a potem zabawiła w tym barze zapominając o czasie. Musi jakoś z tej niemiłej sytuacji wybrnąć!

Weszła ociągając się do motelu. Wieczorem był tu spory ruch.  Nie było w pobliżu właściciela więc podeszła do recepcjonistki i poprosiła klucz do swojego pokoju. Już myślała,że jest bezpieczna. Przekręciła klucz w zamku.
-No proszę jednak wróciłaś Alice.-za sobą usłyszała znienawidzony głos Wallace’a. Odwróciła się powoli.
-O tto pan jak miło.
Przełknęła ślinę.
- Masz już pieniądze?
-Niestety  nie mam wszystk...
Przerwał jej cmokając.
-Hmm,w takim razie-zbliżył się  do niej- wiesz co to oznacza?! 
Jego gruba spocona dłoń wylądowała na jej biodrach. 
-Spotkamy się za chwileczkę w twoim pokoju dziecinko! Muszę tylko zrobić porządek z tymi Chińczykami w recepcji co to angielskiego nie rozumieja,zaraz wrócę. 
Zaczął schodzić ale rzucił  jeszcze na odchodnym:
-Zobaczysz,nie zawiedziesz się! Ja umiem się obchodzić z kobietami!
Dziewczyna,zszokowana wycofała się do pokoju i zatrzasnęła drzwi i przekręciła klucz w zamku. „Co robić?!” myślała w panice”Ten wieprz się  do mnie przystawia! Muszę ucieć! Tylko jak? Na dół do recepcji zejść nie mogę...” Usiadła zrezygnowana na łóżku. Wnet przyszedł jej do głowy pomysł. Spojrzała w stronę,jedynego w tym pokoju,okna  a za nim zobaczyła schody przeciwpożarowe. To była myśł! Spakowała wszystkie swoje rzeczy do torby   i ruszyła do okna. Otworzyła je z trudem. Miała nadzieję,że Wallace będzie zajęty  chińskimi turystami jeszcze przez jakiś czas. O ile pamiętała był jeszcze jeden autobus o 21:30 do Nowego Yorku który kosztował więcej ale miała pieniądze od Aldo.  Była by głupia nieprzyjmując ich. Teraz się jej przydadzą.  Weszła jeszcze do łazienki i odkręciła kurek  w prysznicu,zasunęła zasłonę. Zamknęła łazienkę  Zeszła ostrożnie na schody i spojrzała w dół. Jej okno znajdowało się z tyłu motelu więc nie była narażona na wścibskie spojrzenia. Zamknęła za sobą okno i zaczęła powoli schodzić. Kiedy była już na dole popatrzyła na zegarek na nadgarstku. Była 21:24 ale gdyby pobiegła do przystanku zdążyłaby dotrzeć  tuż przed przyjazdem autobusu. Zaczęła iść powoli rozglądając się naokoło czy nikt jej nie widzi i, dopiero kiedy weszła na teren parku w którym gęsto rosły drzewa zaczęła biec nie oglądając się za siebie.   Biegnąc zastanawiała się kiedy ten obleśny właściciel motelu się domyśli,że jej  tam nie ma.  Przybiegła na przystanek równolegle z podjeżdżającym autobusem.  Kierowca otworzył drzwi.
-Bilet do Nowego Yorku proszę!-powiedziała świszczącym z wysiłku głosem.
- W jedną stronę czy  z powrotem?-padło pytanie. 
-Nie!-odpowiedziała z pewnością w głosie-Bilet w jedną stronę!
Usadowiła się w zadzie pojazdu zdala od innych pasażerów. O nie! Już napewno nie wróci do tej dziury zabitej dechami gdzie jest ten oblech czychający na młode dziewczyny.


Wallace był z lekka poddenerwowany. Nie mógł się za nic dogadać z tymi żółtkami. Recepcjonistka  znała podstawy chińskiego ale i z jej pomocą nie dało się wiele zrobić.  Myślał cały czas o tej  młodej gołąbeczke.  To się nawet dobrze złożyło,że nie miała pieniędzy.  Wyglądało na to,że nie widziała jego awansów do niej ale teraz się nadaża okazja!   Chińczycy  mówili jeden przez drugiego a biedna  recepcjonistka starała się cokolwiek zrozumieć. Wnet Wallace stracił cierpliwość. Chuknął pięścią w blat recepcji 
-Do cholery jasnej zamknijcie te wasze żółte mordy!- turyści i kobieta ucichli.- Mam was wszystkich dość ! NIE MA DLA WAS DOSC POKOI CZY TO TAK TRUDNO ZROZUMIEC!?
Po tych słowach wziął butelkę wody mineralnej i wylał jej zawartość na pierwszego turyste który znalazł się w jego zasięgu.
-Ależ panie właścicielu!-wydusiła z siebie kobieta. Nie mogła się do niego odezwać po nazwisku  gdyż jej tego zabronił. On jej jednak nie słuchał.
-Zabierajcie te wasze żółte tyłki stąd jak najdalej mam inne sprawy na głowie!
Po tych słowach odwrócił się i wymaszerował zostawiając zdumionych ludzi. To było jasne,że musiał sobie pofolgować z tą małą po tym co się stało. Nikt go za to nie będzie obwiniał. Poprostu musiał wpaść w objęcia tej drobnej istotki. Wchodząc na górę zaczął rozpinać kamizelkę i koszulę.  Zapukał do drzwi.
Cisza,nikt nie odpowiadał. Zapukał znów.
-To ja Wallace kochaniutka!
 Kiedy poraz trzeci nikt  się nie odezwał wyjął z kieszeni kamizelki zapasowy klucz i otworzył drzwi. W pokoju nie zastał nikogo ale widział,że w łazience świeci się światło. Usłyszał szum wody pod prysznicem. Pewnie myje się dla niego,kochana dziewczyna! Usiadł na łóżku i czekał.  Jednak po pięciu minutach woda nadal się lała,coś było nie tak.
-Hej gołąbeczko nie musisz się tak myć dla mnie i tak zabrudzimy się znów!-zawołał żeby przekrzyczeć szum wody. Nikt mu nie odpowiedział,postanowił więc wtargnąć do łazienki. Otworzył drzwi i podszedł powoli  do kabiny prysznicowej,odchylił zasłonę ale za nią nie było nikogo. Przez chwilę stał tak trzymając zasłonę nic nie rozumiejąc. Po chwili zerwał materiał  z takim impetem,że urwał i rurę na której zasłona była zawieszona.  Czerwony na twarzy ze złości ryknął:
-Ty przeklęta dziwko! Nie daruję ci tego!
Wyszedł trzaskając drzwiami. Wszyscy goście uchylili swojedrzwi by zobaczyć o co taki raban.
-Kurwa nie macie się na co gapić?! Pilnujcie swoich spraw durnie!  
Powoli wszystki drzwi zaczęły się zamykać .  Właściciel mamrocząc jeszcze do siebie zaczął schodzić po schodach.
-Zapłaci mi za to dziwka jedna! A ja chciałem być dla niej dobry!
-Stary capie!-odezwał się ktoś zza jednych drzwi które się nie zamknęły.-Weź się za kobiety w swoim wieku a nie zaczepiasz młode dziewczyny!
Wallace się odwrócił. Za owymi drzwiami stał  starszy szczupły mężczyzna. Jego dawny rywal do jego zmarłej żony. 
-I kto to mówi, Goerge! Ty też jesteś stary!  Może i ty byś czasem spróbował świeżego mieska,smakuje naprawdę dobrze.
-Jesteś ochydny! Nawet o tym nie myślę.
-Nie wściubiaj nosa do cudzych spraw! Chyba,że chcesz,żebym szepnął szeryfowi kilka słówek o twoich skrętach z marihuany!
Podziałało, George szybko zamknął drzwi.
Ta głupia smarkula popsuła wszystko. Już tak dawno nie miał  żadnej kobiety. Te przeklęte smarkule się wymądrzały,wiedziały jak mu umknąć. Nie obchodziło ich,że mógł im dać kilka dolarów albo darmowy dach nad głową. Przecież nadal jest piękny,a kilka kilogramów więcej jeszcze nikomu nie zaszkodziło. Tusza dodaje tylko urody! Dzisiejszej nocy musiał sam się zaspokoić.


Była już północ  a Alice jeszcze nie znalazła sobie noclegu. Była już we wszystkich noclegowniach w centrum Nowego Yorku ale wszędzie wszystkie miejsca były zajęte.W końcu  potknęła się i upadła łapiąc się kogoś.
-Patrz jak łazisz idiotko-odezwał się niezadowolony kobiecy głos.
-Przepraszam ja się tylko potknęłam.-zaczęła zbierać ulotki kobiety którą powaliła na ziemię. Ta wyrwała je jej z ręki i poszła przeklinając. Jedna ulotka została.  Podeptana przez przechodniów Dziewczyna podniosła ją. 
-Karaoke night w Devils Nest!-przeczytała-Płacimy za niezły głos i seksowny ubiór!
To było coś dla niej!  Lubiła śpiewać  a i mogła sobie na tym zarobić  pieniądze na nocleg . Z tyłu ulotki była mapka i dokładny adres. Nie było to bardzo daleko od centrum więc postanowiła się tam dostać na piechotę. 


Po pół godzinie dostała się na miejsce,lawirowała wśród ciemnych,wąskich uliczkach gdzie w noc wychodzili narkomani,dziwki,pijacy i wszelka podejrzana maść.  Okolica wydawała się jej z lekka znajoma ale nie wiedziała dlaczego. Zobaczyła czerwony,neonowy napis nad barem i wiedziała,że trafiła we właściwe miejsce. Był spory  przed barem. Wszędzie zaparkowane motory i zniszczone samochody. Mężczyźni  już podpici którzy starali się wywrać kobiety. Weszła niepewnie do baru.  Tu też było tłoczno. Pełno ludzi którzy gwizdali teraz na lekko podchmieloną kobietę która starała się śpiewać.
-Hej kochanie ty to masz ciało!-Wrzasnął jakiś facet  przy ladzie barku.-Ale głos masz okropny! 
Alice była w szoku. Tak czy siak musiała spróbować! Zależało od tego to czy będzie miała pieniądze na nocleg. Na ulotce było napisane „niezły głos i seksowny ubiór”   Podeszła do lady baru.
-Hej! Przepraszam,gdzie tu jest łazienka?-zawołała do barmana. Ten ją zignorował i podszedł do grupki młodych dziewczyn ubranych w skąpe,obcisłe sukienki. 
-Przepraszam!?-przeszedł koło niej poraz drugi. Wreszcie kiedy znów wracał do roześmianych dziewczyn złapała go za rękaw.
-Czego chcesz!? –był zniecierpliwiony,chciał jak najszybciej od niej odejść. Byli klienci do obsłurzenia.
-Gdzie  jest łazienka?
Wskazał jej glową ale Alice nadal  trzymała go za rękaw.
-Jak moge się zapisać na karaoke?
Mężczyzna się roześmiał
-Wystarczy,że  pójdziesz  wybrać sobie piosenkę z jukeboxa i włazisz na scenę jak jest wolna. 
Puściła go.
-Dzięki!
On jednak nie odszedł tylko zmierzył ją od stóp po głowę.
-Nic tu po tobie dziecinko,powinnaś już dawno spać inaczej nie wstaniesz do szkoły. 
To powiedziawszy oddalił się. Alice była zła. Nie zastanawiała się nad tym długo,poszła we wskazanym kierunku. Z łazienki wychodziły właśnie dwie kobiety. Jedna podtrzymywała drugą pijaną. W łazience nie było nikogo. dziewczyny zajrzała do pierwszej kabiny,była cała obsrana. W drugiej było pełno zurzytych prezerwatyw. Poszła do ostatniej która wydawała się najczystsza. Otworzyła swoją torbę i wyjęła jedyną sukienke jaka miała. Niemożna powiedzieć,żeby była sexy ale zawsze to coś niż nic. Sukienka z czarej bawełny była  niej trochę workowata,gdyz schudła ostatnio strasznie. Jadła niewiele gdyż nie pozwalał jej na to budżet. Wyciągnęła z torby czerwony skórzany pasek i  zawiązała go w talii. Teraz było lepiej. Na glany nic nie mogła poradzić. Innych butów nie miała. Podeszła do lustra i wyjęła kosmetyki. Szminka się jej własnie skończyła a eyeliner też  był na wykończeniu.  Do łazienki wpadły te rozesmiane dziewczyny w mega obcisłych kieckach. Nie zwracały na nią uwagi.
Jedna zaczęła się przeglądać w lustrze. Rozmawiały o głupotach.
-Wiesz kogo dziś spotkałam w metrze?-zapytała pierwsza.
-Kogo? – chciała wiedzieć druga.
-Mojego byłego!
Dziewczyny się rozesmiały.
-No co ty?
-A tak! Chciał do mnie wrócić ale mu powiedziałam,że  z taką gębą jak jego to nie ma mowy.
Zaczęły chichotać.W końcu dziewczyna w czerwonej sukience zakryła sobie usta dłonia i pobiegła do  kibla. Zza kabiny słychać było,że wymiotuje.
-Hej Grace zjadłaś coś niestrawnego dziś?-zapytała ją ta w czarnej  sukience z motywami zwierzęcymi.
-Daj mi spokój Kelly!-zawyła między jednym oddechem a drugim.W 
końcu wyszła i podeszła do dziewczyn.
-Nie mów mi,że wpadłaś!-odezwała się ta która mówiła o byłym.
-Tak,Chloe!
-Z kim!-zawołały dziewczyny równoczesnie.
-A jak myslicie?
Po chwili Kelly się odezwała:
-Z Aldo!
 Grace przytaknęła jej.
Alice nie mogła się powstrzymać i cicho szepnęła”Aldo?” zmarszczywszy brwi. Ale przecież nie mógł to być ten Aldo którego poznała dziś. I to chyba jest zupełnie innym bar nie ten sam!
-A to  się urządziłaś dziewczyno! Powiesz mu o tym?
Grace tylko się zaśmiała.
-No coś ty! Są przecież sposoby na niechcianą ciążę! Zresztą on i tak by nie chciał dzieciaka!
Po tej wymianie zdań dziewczyny wyszły z łazienki zostawiając z lekka zszokowaną Alice. O nie! Zdecydowanie nie chciała przebywać w tym miejscu dłużej niż to konieczne!  Dokończyła makijaż i wyszła.
Wolała nie zostawiać torby nikomu bo tu raczej już by jej nie odzyskała.
Na scenę wszedł tym razem mężczyzna ale śpiewał  mizernie i zszedł ze sceny w połowie piosenki. Widać było,że był nieśmiały,mało pewny siebie. Po jego pożałowania godnym występie nikt długo nie wchodził na scenę.  Karaoke night było skazane na nudę. Wszyscy tylko pili bełkotali coś do siebie. Alice odwlekała swój występ w nieskończoność ale im prędziejwejdzie na scene tym prędzej będzie miała to z głowy. Nie chciała dzwonić do Aldo i go niepokoić już pierwszego dnia odkąd powiedział jej żeby dzwoniła kiedy będzie miała problem. Najpierw zobaczy czy coś wyjdzie z tego śpiewania a jeśli nie to zadzwoni. Była już druga w nocy ale skoro powiedział żeby dzwoniła i w dzień i w nocy... Nie wydawał się typem faceta który wykorzystuje dziewczyny. 
Uff,postanowiła wreszcie zaryzykować. Podeszła do Jukeboxa  by  poszukać jakiejś piosenki którą dobrze znała. W końcu wybrała piosenkę i weszła na scenę. Torbę podrzuciła pod sam róg sceny.   
-Dobry wieczór-odezwała się do mikrofonu. Jednak zamiast entuzjazmu widzów usłyszała  same wyzwiska.
-Hej kto wpuścił na scenę tą małolatę!
-Dziewczynko powinnaś już dawno spać!
-Zobaczcie w co ona się ubrała! Najowasza moda a la bezdomny! hahaha
Alice chciała śpiewać ale głos uwiązł jej w gardle.
-Może ona zapomniała drogi do domu i bidulka zabłądziła aż tu! Buahahahaha
-Hahaha,-ktoś się śmiał-Pewnie mamusia i tatuś się niepokoją trzeba by do nich zadzwonić.
Na te słowa dziewczyna nie mogła nie zareagować ale zamiast się rozpłakać zamknęła oczy. Nie mogła zejść teraz ze sceny o nie! Nie chciała dać  tym durniom satysfakcji. Zaczęła śpiewać. Niektórzy ucichli. Jej głos stawał się coraz głośniejszy.  W końcu wszyscy umilkli i dziewczyna odważyła się otworzyć oczy. Już nikt nie drwił z niej ani nie patrzył na nią źle. Wszyscy byli skupieni na tym co śpiewa. Kiedy skończyła nastała cisza,potem posypały się oklaski a,kątem oka,zauważyła,że kontenitory były pełne pieniędzy. Banknotów i monet.! Zeszła ze sceny z krótkim podziękowaniem.
-Ty to masz dziecinko głos ale co do ciuchów to popracuj nad sobą!
Udało się zarobiła kasę. Wszystkie pudełka powędrowały do baru gdzie,niemiły barman przeliczał je teraz. Podeszła do niego. Nie był zachwycony jej występem. Pewnie wolałby żeby podwinęła się jej noga ale tak się nie stało.
-No proszę,wygląda na to,że coś jednak zarobiłaś! Gratulacje-powiedział z przekąsem.-Masz prawie 300 dolarów! Pewnie wydasz je zaraz na jakieś bzdury ale kto by się tym przejmował!
-Nie twoja sprawa na co je wydam.-odpowiedziała spokojnym głosem choć gotowało się w niej ze złości. Mężczyźni byli wstrętni i niemili dla niej. Ledwie wyszła z sierocińca a ją zaczepiali albo traktowali jak dzieciaka!  Choć z wyjątkiem Aldo,on okazał się miły.  Schowała pieniądze i skierowała się do wyjścia. Już nic jej tu nie trzymało. Mogła spokojnie pójść do innego lokalu na wieczór karaoke i sobie dorobić. Z 300 dolarami była pewna,że znajdzie sobie tani pokój i starczy jej na jedzenie i jakieś  pożądne ciuchy! Nie zauważyła jednak,że  za nia wyszło z baru kilkoro,podpitych już, mężczyzn. Dopiero jak znalazła się dość daleko od baru w wąskiej uliczce usłyszała ich śmiechy i gwizdy. Wolała się nie oglądać. Zaczęła iść szybciej.
-Hej ślicznotko co tak pędzisz.-zawołał za nią jeden z nich.
-Choć z nami się zabawisz. Możesz nawet śpiewać nam to nie przeszkadza.
Obejrzała się szybko za siebie i zauważyła,że było ich czworo. Zaczęła biec.
-Hej mała wracaj no tu!
-Choć się z nami zabawić!
-Na pomoc!-krzyknęła w desperacji. Nie dałaby rady  całej czwórce.-Niech mi ktoś pomoże!
W pobliżu nie było nikogo kto by mógł jej pomóc więc żadne krzyki by się tu nie zdały. Nagle,na końcu ciemnej wąskiej uliczki,pojawił się mężczyzna na motorze. Zatrzymała się. Już zamieżała złapać cokolwiek i w niego rzucić ale mężczyzna siedzący na motorze zdjął kask.
-Aldo!-krzyknęła z ulgą i do niego podbiegła.- Bogu dzięki!
-Co tu się dzieje?!
-Cci kolesie mnie gonili!-wyrzuciła z siebie jednym tchem. Mężczyźni się zatrzymali. Jeden z odważniejszych się odezwał:
-A ty to kto?! Jej alfons? 
Aldo zszedł z motoru i rzucił kaskiem w odważniaka minął przerażoną Alice i,jedną pięścią,powalił kolejnego. Trzeci rzucił się na niego z nożem.
-Tu huju nie zaczepiaj moich kolesi!
Aldo wytrącił  nóż z  jego ręki i mu ją wykręcił powalając na ziemię. Wolną ręką chwycił nóż i przystawił go do gardła kolesia.
-Ładnie to zaczepiać  samotną dziewczynę?! Czterech na jedną to trochę za dużo jak na mój gust! Wypierdalać mi stąd albo poderżnę mu gardło!
Mężczyźni wzięli jego słowa do siebie i wzięli nogi za pas. Dopiero kiedy byli daleko puścił ostatniego wolno który uciekał z podkulonym ogonem.
Odwrócił się do dziewczyny.
-Co ty tu robisz? Przecież miałaś być w motelu.
-Ja-zaczęła niepewnie-Musiałam stamtąd uciekać! To długa historia...
Nie chciała mu wyjaśniać,że nie miała kasy na  nocleg i,że właściciel motelu się do niej przystawiał.  Nie chciała ciągle prosić go o pomoc,głupio by się z tym czuła. Podszedł do niej i położył jej rękę na ramieniu. Wciąż drżała ze zdenerwowania po niedoszłym gwałcie, a to tak by się na pewno skończyło gdyby nie przybył znikąd i jej nie uratował. 
-Przecież ci mówiłem żebyś dzwoniła jak będą problemy. Masz gdzie spać?
-Nie ale mam trochę pieniędzy. Zarobiłam je na karaoke.-Wreszcie odważyła się  spojrzeć mu w twarz.-Mogę pójść do motelu tu w mieście.
-Słuchaj...-zaczął niepewnie rozglądając się na wszystkie strony.-Lepiej żebyśmy nie kręcili się po tej okolicy,nie jest bezpieczna. Wsiadaj na motor.
-Ale..
-Żadnych ale,wsiadaj! Mam jeden wolny pokój nad barem,możesz się w nim zatrzymać tymczasowo.  Schował jej torbę do bagażnika. Wsiadła a on ruszył  z impetem. 
-Jesteśmy na miejscu.
Kiedy się zatrzymali Alice się zdziwiła. Przecież to jest to miejsce w którym była na karaoke! Jak to możliwe. Rozdziawiła usta. 
-Prawda,że to miejsce wygląda inaczej po zmroku?
-Tak...-odpowiedziała z wachaniem.
-Posłuchaj...-złapał ją za rękę.-Wejdziemy teraz tylnym wejściem. Tam są schody na pierwsze piętro gdzie mam pokoj. Tylko proszę cię nie wchodź,pod żadnym pozorem,do lokalu w nocy. Ci ludzie którzy się tu kręcą...są niebezpieczni,nie chciałbym żeby ci się coś stało...
Już chciała powiedzieć,że przecież już tu po zmroku była,ale ugryzła się w język w ostatniej chwili. Coś jej mówiło,że nie byłby z tego  zadowolony. Bar wydawał się jej inny kiedy weszła do niego w ciągu dnia zapytać o drogę. Aldo miał rację,poza tym za nic nie chciałaby znów tu wejść w nocy. Ci ludzie się jej nie podobali. Weszli po cichu tylnymi drzwiami i na pierwsze piętro.  W wąskim korytarzyku było kilkoro drzwi po obu stronach. Aldo wskazał jej jedne drzwi  na samym końcu korytarza.
-Widzisz te ostatnie drzwi na prawo? Tam jest twój pokój.
 Stancja nie była duża. Mieściło się w niej ledwie łóżko polowe,mały,okrągły stolik z fotelem i niska szafa na ubrania,to wszystko. W pokoju było jedno okno które wychodziło na ulicę i Alice miała widok na wejście do baru. 
-Jest tu trochę hałaśliwie w nocy ale można się do tego przyzwyczaić.
Usiadła na łóżku.
-Przyniosę ci  zapasową pościel.
Wyszedł a Alice nie mogła się powstrzymać i wyjrzała przez zamknięte okno.  Akurat w tym momencie pod bar podjechało czarne BMW i z samochodu wysiadł wysoki brunet ubrany w czarny garnitur. Zastanawiała się co taki elegancki facet robi w takim miejscu. Była pewna,że ktoś się do niego zaraz przyczepi.  Jednak  ze zdumieniem  obserwowała jak mężczyzna wchodząc do baru wita się z  dwoma dziewczynami które wcześniej w łazience rozmawiały z tą co była w ciąży. Nikt go nie niepokoił.
-Hej już jestem!
Dziewczyna była tak skupiona,że aż podskoczyła jak usłyszała głos Aldo.
-Przestraszyłem cię?
-Nie ja tylko-zaczęła się tłumaczyć i szybko odeszła od okna.
On wiedziony ciekawością podszedł do okna.
-Kurwa-wyrwało się z jego ust.-Jednak przyjechał dziś!
Aldo nie  był zbyt zadowolony .
-Coś nie tak?
Podeszła znów do okna. Aldo odsłonił ostrożnie zasłonkę i ją przepuścił do okna.
-Widzisz tę sportową brykę?
Przytaknęła.
-Tak,widziałam jak wysiadł z niej elegancki mężczyzna.
Zasłonka  znów opadła na swoje miejsce.
-Nigdy nie podchodź do tego gościa! On jest niebezpieczny,nie chcesz mieć z nim nic do czynienia.
-Dlaczego jest niebezpieczny?
-Za dużo zadajesz pytań mała! Jepiej żebyś wiedziała jak najmniej.
Alice była zła,że odzywa się do niej tonem ojca który karci córkę. I jeszcze ta „mała” z jego ust. Brzmiało to jak drwina.
-Słuchaj,ja nie chcę być ciężarem zostanę tylko dziś.
-Możesz tu zostać jak długo potrzebujesz.
-Zgoda ale...co do płatności.
-Nic mi nie jesteś winna! Przyjaciołom się pomaga! 
-Ale ja mam pieniądze-broniła się,nie chciała być wiecznie na jego łasce.
-Nie przyjmę ich od ciebie,ty ich bardziej potrzebujesz.
-W takim razie może mogłabym pomagać w barze? No wiesz sprzątać,zmywać przygotowywać posiłki itp.
Pogładził się po głowie.
-Zgoda-wyciągnął do niej rękę. Ujęła ją.
-W zamian za nocleg i posiłki
-W zamian za nocleg i posiłki-powtórzył po niej jak echo.-Dobrej nocy Alice!  
-A Aldo? Jest na tym piętrze łazienka?
-Tak-odpowiedział-to te zielone drzwi naprzeciwko twoich.
-Okay,dobranoc!
Drzwi się zamknęły i usłyszała jego oddalające się kroki. Dopiero wtedy odetchnęła. Więc miała nocleg i jedzenie. Spokojnie mogła sobie odłożyć trochę pieniędzy bo przecież nie mogła  tu mieszkać wiecznie to było pewne.   Przygotowała posłanie i się szybko umyła. Była pewna,że nie zaśnie jednak była zbyt zmęczona. Usnęła jak kamień.  

FMA dwa światy prolog.

Prolog


Zadzieranie z drugą stroną bramy ma swoje konsekwencje. Nie wiadomo jak to się stało ale dwa światy się ze sobą połączyły ale żaden nie wiedział o istnieniu drugiego.  Świat alchemii szedł swoim rytmem a ten normalny swoim jednak na krótką ,wydawać by się mogło,chwilę harmonia została zaburzona.  Ludzie myśleli,ze było to normalne trzęsienie ziemi ale tak nie było... Lata mijały i nic anormalnego się nie działo. Istoty z przedziwnego  świata musiały kryć się przed ludzkimi oczami w tym nowym dla nich świecie...